Wspomnienia polskiego robotnika przymusowego - Józefa Kunickiego, który opisuje swoje losy w Prusach Wschodnich na przełomie 1944 i 1945 roku. Autor szczegółowo relacjonuje trudne warunki pracy u niemieckich gospodarzy, pobyt w szpitalach oraz moment przejścia frontu. Kluczowym elementem wspomnień jest niebezpieczny, pieszy powrót do Polski. Zamieszczony poniżej tekst pochodzi z książki: Kunicki J., Moje wspomnienia, AquiPrint, Bruges, Francja 2010.
NotebookLM
Front zbliżał się szybko. Niemcy coraz częściej organizowali łapanki „na przymusowe roboty do Prus Wschodnich”. Podczas jednej z nich, 15 sierpnia 1944 roku, trafiłem do niewoli. Miałem około dwudziestu lat. Wraz z innymi mężczyznami zostałem wywieziony w okolice Bakałarzewa i skierowany do pracy przy budowie umocnień w Prusach Wschodnich. Przetrzymywano nas w małych obozach pod surową strażą; za najmniejsze przewinienia groziły ciężkie kary, nawet śmierć. Starałem się przetrwać, unikać konfliktów i czekać na okazję do ucieczki. Dzięki pomocy Mazurów i polskich robotników zdobyłem cieplejsze ubrania i buty. Gdy front zbliżył się do granic Rzeszy, Niemcy rozpoczęli ewakuację ludności na zachód.
Widok z samolotu na miasto Treuburg (Olecko) około 1930 r. Grafika opracowana cyfrowo (labs.google.com).
W październiku 1944 r. pracowałem w okolicach Treuburga (Olecka). Zakwaterowano nas w majątku, na zachód od Seedranken (Sedranki). Dowiedziałem się, że w Olecku pracowała moja siostra Stasia. Omijając strażników udało mi się w tajemnicy opuścić miejsce pracy i z spotkać się z nią. Podczas spotkania opowiedziałem co się dzieje w domu rodziców. Potem dowiedziałem się, że niemiecka rodzina z moją siostrą mają wyjechać z Olecka do Mrągowa lub Giżycka. Dwa dni później wyjechali. Tak straciłem z nią kontakt, gdyż potem musiała wyjechać dalej, aż do Gorzowa Wielkopolskiego. Wróciła stamtąd po wielu miesiącach.
Podczas mojego pobytu w okolicach Olecka przeżyłem kilka razy koszmar związany z bombardowaniem miasta.
Pod koniec października zostałem przeniesiony do pracy w okolicach Widminnen (Wydmin). Pracowałem tam krótko, ponieważ zachorowałem i dostałem wysokiej gorączki. Nie miałem siły iść do pracy i leżałem na pryczy. Kiedy przyszedł niemiecki lekarz zapytał „Krank? (Chory), zmierzył mi temperaturę, zbadał i wyszedł. W południe razem z innymi chorymi zostałem zawieziony do Lötzen (Giżycko) do szpitala, przy którym był barak dla obcokrajowców (najwięcej było Polaków). Dostałem jedzenie i leki. Było ciasno, ale najważniejsze ciepło.
Szpital w Lötzen (Giżycko) około 1930 r. Grafika opracowana cyfrowo (labs.google.com).
Następnego dnia przewieziono nas samochodem wojskowy do szpitalnego baraku w Sensburgu (Mrągowo), był on lepiej wyposażony niż w Giżycku. Posiadał łazienkę i ciepłą wodę. Leżałem tam cztery dni, mogłem się umyć i ogolić. Dostałem w woreczku nożyczki, lusterko, mydło oraz kawałek płóciennej szmaty, jako ręcznik.
Po czterech dniach zbadała mnie lekarka. Był z nią mężczyzna, który powiedział „Ein gesunder Mann. Er kann arbeiten. Die Krankheit ist überstanden, lasst uns an die Arbeit gehen”. (Zdrowy chłop. Może pracować. Koniec choroby, do roboty).

Szpital w Sensburgu (Mrągowo) około 1930 r. Grafika opracowana cyfrowo (labs.google.com).
Razem z kilkoma kolegami przewieziono nas do Urzędu Pracy (Arbeitsamt). Tam po krótkiej rozmowie wypisano mi „Ausweis” (niemiecki dokument tożsamości). W czasie wojny każdy musiał bardzo pilnować tego dokumentu, gdyż bez niego można było stracić życie. Człowiek dokumentów był traktowany jak bandyta.
Okolice miasta Sensburg (Mrągowo) około 1930 r. Grafika opracowana cyfrowo (labs.google.com).
Wozem konnym zostałem przewieziony do gospodarstwa rolnego we wsi Rotenfelde (Czerwonki), w pobliżu Mrągowa. Jazda trwała dwie godziny. Był wieczór – gospodyni zaprowadziła mnie do przybudówki koło obory i wskazała miejsce do spania. Stało tam zbite z desek łóżko, rodzaj skrzyni z siennikiem i poduszką. Wiadro do wody, blaszana miska, mały stolik i taboret. W kącie stał duży parnik do gotowania ziemniaków dla świń. Powiedziała: „Sie werden in der Nähe Ihres Arbeitsplatzes sein”. (Będziesz miał blisko do roboty).
Usiadłem i ogarnęła mnie ogromna rozpacz i nienawiść do tego wszystkiego. Rano obudził mnie gospodarz, który po niemiecku wytłumaczył co mam robić. Na początek przygotować ziemniaki do gotowania dla świń, następnie dać paszę dla dwóch koni, potem zająć się ośmioma krowami i sześcioma cielakami. Na końcu usunąć obornik od koni, świń i krów. Wywieźć go taczką na gnojownię. Po porannej robocie dostałem śniadanie, które gospodyni przyniosła do mojego pomieszczenia. Tak wyglądał mój plan pracy rano, w południe i wieczorem. Potem zlecano mi kolejne obowiązki w gospodarstwie. Pracowałem tam przez 4 dni. Dodatkowo gospodyni kazała mi myć bardzo zaniedbane okopcone garnki. Zauważyłem, że w tym miejscu nie dotrwam do końca wojny.
Rotenfelde na mapie topograficznej. Topographische Karte 1:25 000. Kossewen. Meßtischblatt 811. Herausgegeben vom Reichsamt für Landesaufnahme. Berlin: Reichsamt für Landesaufnahme 1927.
Rankiem (to był piątek) kiedy wypędzałem krowy do pojenia w małym stawie zobaczyłem idącego drogą mężczyznę. Był to Polak pracujący w tej samej wsi. Przedstawił się, jako Marian Czyża, który doradził mi abym porzucił pracę u dotychczasowego gospodarza i i poszedł do innego, który jest Mazurem i cała jego rodzina mówi po polsku. Wieczorem spakowałem się i poszedłem do Karola Knoby. Po krótkiej naradzie gospodarza z żoną, wyrazili zgodę na przyjęcie mnie do siebie.
Zrozumiałem z rozmowy, że wszystko dobrze się układa. Po cichu zmówiłem: „Zdrowaś Mario...". Dzięki Ci Boże”.
Przenocowałem u nowego gospodarza. Wskazano mi ogrzewane pomieszczenie przeznaczone do spania pracownikom gospodarstwa.
Karol Knoba miał duże gospodarstwo 110 hektarów, z chlewnią, stajnią, oborą, spichlerzem oraz warsztatem. Było koni 8 roboczych i 4 źrebięta. Posiadał wszystkie potrzebne maszyny rolnicze, a nawet ciągnik „Buldog”. Hodował 20 krów. Razem z innymi pracował również jeniec francuski oraz jedna kobieta z Polski w wieku około 40 lat. Francuz, kobieta i gospodyni obsługiwali bydło oraz trzodę chlewną. Ja z gospodarzem obsługiwałem konie i maszyny. Pracy było dużo, lecz żywienie i kwaterunek oraz szacunek do człowieka bardzo dobry. Wykonywałem także w gospodarstwie różne naprawy, nawet naprawiłem zegar ścienny i maszynę do szycia. Cała jego rodzina liczyła 8 osób wraz z dziećmi – wszyscy dobrze rozmawiali po polsku.
Po kilku dniach gospodarz pojechał do Mrągowa z moimi dokumentami i zalegalizował mój pobyt. Po dwóch dniach dostałem nowe (używane) ubranie zimowe oraz bieliznę, ciepłe buty. Żywienie było dobre. W tej wsi było kilku polskich robotników, dwóch Rosjan i 5 Francuzów. Zaprzyjaźniłem się ze wszystkimi. Pod koniec 1944 r. do wsi zaczęły przyjeżdżać wozami ewakuowane rodziny z okolic Olecka. Zakwaterowano ich u poszczególnych gospodarzy.

Ewakuowana rodzina Metzdorfów z Moschen (Możne, powiat olecki) 22 października 1944 r. we wsi Hammerbruch (Rudowken, Stara Rudówka, koło Rynu). Treuburg. Ein Grenzkreis in Ostpreußen Red. Klaus Krech. Kommisions-Verlag G. Rautenberg, 1990. S. 558.
Kiedy zbliżały się Święta Bożego Narodzenia usłyszałem od gospodarza, że Niemcy tę wojnę przegrywają.
W styczniu 1945 r. gospodarza powołano do Volkssturm (pospolite ruszenie) w Rynie.
Wieczorem 15-17 stycznia w naszej wsi i w sąsiednich zgromadziły się znaczne ilości wojska niemieckiego. Wtedy nadleciały rosyjskie samoloty i rozpoczęło się bombardowanie i ostrzał z broni maszynowej. Zapanował popłoch i panika. Ja przyzwyczajony wcześniej do takich sytuacji zawołałem aby wszyscy schowali się do piwnicy pod dużym murowanym spichlerzem do czasu aż minie niebezpieczeństwo. W wyniku nalotu wśród wojska i ludności cywilnej byli zabici i ranni. Przez swoje zachowanie zdobyłem uznanie w oczach gospodarza.
Przez wiele dni zaśnieżone drogi zapełnione były kolumnami wozów z cywilami i wojskiem. Panowało ogromne przerażenie wśród mieszkańców. Coraz częściej słyszałem słowa „Mein Gott” (Mój Boże).
Zimowy widok z samolotu na Rotenfelde i okolice. Grafika opracowana cyfrowo (labs.google.com).
25 lub 26 stycznia 1945 r. we wsi pojawili żołnierze niemieccy. Na drugim brzegu jeziora, od wschodu było słychać odgłosy zbliżającego się frontu i dymy palących się gospodarstw. Żołnierze niemieccy zajęli pozycje do obrony wśród zabudowań wsi. Mieszkańcy ukryli się w piwnicach. Na pokrytym lodem jeziorze pojawiła się tyraliera rosyjskich żołnierzy. Ciemne sylwetki żołnierzy zbliżały się coraz bardziej. Na wieś zaczęły spadać pociski artyleryjskie i rozpoczęła się strzelanina z broni maszynowej. Od strony wsi Muntowo także zbliżali się Rosjanie.

Żołnierze Armii Czerwonej przy granicy z Prusami Wschodnimi. Na tablicy napis” "Вот, она, проклятая Германия!” (Oto one, przeklęte Niemcy!). Źródło: РИА Новости / В. Темин.
Widząc taką przewagę Rosjan Niemcy opuszczają stanowiska bojowe i wycofują się na zachód w kierunku Mrągowa. Wieczorem do wsi wchodzą żołnierze rosyjscy. Ze strachem wszyscy wychodzą z ukrycia. Żołnierze rosyjscy wpadali do mieszkań, rabując cenne rzeczy, wszystko niszczyli i przewracali. Rzucali się na kobiety, nawet na bardzo młode dziewczyny. Aby przestraszyć domowników strzelali w mieszkaniach. Po chwili przychodzili następni. Przerażeni ludzie nie mieli gdzie się schronić.
Polacy zebrali się razem, aby wspólnie poradzić z niebezpieczeństwem. Okazało się, że trzeba było także obronić Francuzów, gdyż żołnierze rosyjscy potraktowali ich jako przebranych żołnierzy niemieckich.
27 stycznia 1945 r. mogliśmy opuścić gospodarstwo – byliśmy wolni, ale nadal w wielkim niebezpieczeństwie. Było dużo śniegu, a temperatura w nocy spadała do – 20 stopni C. Nasza grupa składała się z 4 kobiet i 4 mężczyzn. Postanowiliśmy jechać na południe w kierunku Łomży, aby jak najszybciej opuścić Prusy Wschodnie. Nasz gospodarz Knoba i drugi gospodarz Giża dali nam dwa zaprzęgi z saniami. Załadowaliśmy zapasy żywności, ciepłe ubrania, pasze dla koni i wyjechaliśmy w drogę. Po obu stronach drogi widoczne były zniszczone wozy i sanie cywili uciekających przed frontem. Miedzy wozami leżeli martwi ludzie i konie.

Zimowa droga w lesie. Grafika opracowana cyfrowo (chatgpt.com, labs.google.com).
Jechaliśmy bardzo wolno, gdyż co pewien czas zatrzymywali nas żołnierze rosyjscy. Tłumaczyliśmy im, że wracamy z niewoli z Niemiec.
Wieczorem byliśmy w pobliżu Szczytna i znowu zostaliśmy zatrzymani przez dużą grupę Rosjan. Przeszukali wszystko co mieliśmy ze sobą. Kazali natychmiast wysiadać z sań krzycząc: „Dawaj, dawaj”. Zaczęli wsiadać na sanie, ale jeden z nich zauważył, że mam długie skórzane buty. Grożąc mi pistoletem kazał je zdjąć. Krzyknął głośno tak, aby wszyscy słyszeli: „Pięć lat walczyłem o dobre buty”. Popatrzył na mnie jak stoję boso i rzucił mi drewniane chodaki. Aby nie odmrozić stóp siadłem na śniegu, owinąłem nogi szmatami i założyłem chodaki. Żołnierze wsiedli na sanie i odjechali z naszą żywnością i bagażami.
Zapadał zmrok kiedy schroniliśmy się w opuszczonym domu. Niestety nasz nocleg był za blisko drogi, bo w nocy przyszli do nas Rosjanie. Znowu pytali nas wypytywali: kim jesteśmy?, skąd idziemy?, dokąd idziemy?, co mamy ze sobą? Przeszukali nasze worki, które mieliśmy przy sobie. Zabrali wszystko: mydło, bieliznę na zmianę, skarpetki oraz resztki jedzenia. Zabrali mi także notatnik, w którym notowałem swoje wspomnienia z niewoli.
Nad ranem do domu dotarła grupa Polaków wracających z Niemiec. Było ich dziesięciu. Okazało się, że jeden z nich nazywał się Kozielski i pochodził spod Suwałk. Gdy zobaczył moje nogi owinięte w szmaty, zlitował się nade mną. Wyjął ze swojego bagażu parę dobrych, sznurowanych butów na gumowej podeszwie i podarował mi je. Ucałowałem go i podziękowałem za uratowanie mi nóg, a być może i życia.

Zimowy krajobraz w styczniu 1945 r. Grafika opracowana cyfrowo (chatgpt.com, labs.google.com).
O świcie ruszaliśmy w drogę, w mrozie i śnieżycy. Wkrótce weszliśmy do Szczytna. Widać było dużo Rosjan ale bardzo mało ludności cywilnej. Okazało się, że patrole rosyjskie zatrzymują wszystkich. Zapędzają wszystkich na rynek, krzycząc: „Bistro, bistro”. (Szybko, szybko). Okazało się, że Rosjanie wybierali młodych mężczyzn i wcielali ich pod przymusem do Armii Czerwonej. Szukaliśmy drogi ucieczki. Udało się nam ukryć w zakamarkach w pobliżu rynku. Korzystając z zamieszania i pod osłoną śnieżycy bezpiecznie wyszliśmy miasto. Błądząc po okolicy, brnąc przez głęboki śnieg, aby uniknąć spotkania z Rosjanami, pod wieczór dotarliśmy do wsi Friedrichowen (Rozogi ). Minęły cztery dni od opuszczenia Rotenfelde.

Grupa ludzie w drodze do miasta. Grafika opracowana cyfrowo (chatgpt.com, labs.google.com).
Zapukaliśmy do pierwszego domu. Mieszkańcy rozmawiali po polsku i przyjęli nas z wielką gościnnością. Opowiedzieliśmy im o naszych przeżyciach. Gospodarz przyniósł nam słomę na posłania, które zrobiliśmy na podłodze. Rano wszystko z podłogi dokładnie posprzątaliśmy, dziękując domownikom za nocleg. Na śniadanie gospodyni poczęstowała nas zupą mleczną z kaszą i ziemniakami.
Po kilku godzinach marszu przeszliśmy przez granicę z Prusami Wschodnimi i dotarliśmy do Myszyńca. Tam ze łzami w oczach pożegnałem się z przyjaciółmi, którzy mieli rodziny w pobliżu i samotnie wyruszyłem w drogę do Kolna, oddalonego o 42 km. Cieszyłem się, że jestem w Polsce. Z niepokojem myślałem o tym co się dzieje w domu rodzinnym.
Był początek lutego, nadal był mróz i padał śnieg. Po przejściu 20 – 30 kilometrów, głodny postanowiłem zapukać do widocznego w oddali skromnego domu i poprosić o nocleg. Okazało się, że gospodarz nie odmówił i zaprosił mnie do środka. Dostałem ciepłe jedzenie i nawet nocleg w łóżku. To była kurpiowska gościnność. Mogłem się wyspać i przy piecu wysuszyć przemoczone ubranie i buty. Z rana otrzymałem śniadanie i ciepły napój do manierki. Bardzo podziękowałem i wyruszyłem dalej w drogę. Potrzebowałem jeszcze około sześciu dni aby dojść do domu.
Potem przez Kolno, Grajewo, Rajgród szedłem do Augustowa. Wojna przetoczyła się przez te tereny dwa tygodnie wcześniej. Widziałem wiele miast ze śladami zniszczeń. Wiele domów i gospodarstw było spalonych. Spotkałem ludzi, którzy opowiadali mi o swoim cierpieniu. Trudno to opisać słowami. Moje przetrwanie zależało od mojej niewiarygodnej woli wytrwania, od tego, czy zapukałem do właściwych drzwi, od tego, czy spotkałem kogoś, dla kogo wspólny język i zwykła ludzka solidarność były ważniejsze niż cokolwiek innego.
13 lutego 1945 r. dotarłem do Augustowa, dowiedziałem się, że moja rodzinna wieś została spalona i prawie nikt w niej nie mieszka. Postanowiłem udać się do najbliższej rodziny mojego ojca, do Franciszka Łebskiego z Gorczycy (mieszkała tam siostra mojego ojca). Dojście do Gorczycy z Rotenfelde zajęło mi 14 dni. Byłem kompletnie wyczerpany i wychudzony. Nogi miałem pokryte ranami, a twarz opuchniętą. Tam dotarła do mnie, straszna wiadomość, że nasze rodzinne gospodarstwo zostało spalone. Wszystko zostało zniszczone. Nie udało się nic uratować. Zostało tylko źrebię i dwie krowy. Franciszek opowiadał mi o swojej działalności w partyzantce AK. Ostrzegał mnie przed agentami NKWD i UB. NKWD to była sowiecka policja polityczna, poprzedniczka KGB. UB, czyli Urząd Bezpieczeństwa, to jej polski komunistyczny odpowiednik. (Łebski Franciszek n/n – s. Józefa i Aleksandry, ur. p. 1926 we wsi Gorczyca gm. Szczebro – Olszanka pow. Augustów. Żołnierz AK – łącznik. Zatrzymany przez Sowietów w lipcu 1945. Zaginął bez wieści w Obławie Augustowskiej.)

Inskrypcja na symbolicznym grobie ofiar obławy augustowskiej w Gibach. Wśród nazwiski zaginionych znajduje się Łebski Franciszek.
Po dwóch dniach odpoczynku kuzyn Franciszek Łebski saniami zawiózł mnie do Pietkiewiczów do wsi Krasne Borowe gdzie tymczasowo przebywali moi rodzice. Wreszcie mogłem ich zobaczyć i uściskać. Co za radość dla mamy, taty i rodzeństwa. Usłyszałem słowa: „Żyjesz. Wielki Boże, dziękuję”. Były łzy radości ale i wielki niepokój co się dzieje z siostrą i bratem. Wszyscy cieszyli się, że Józef żyje i wrócił do rodziny.
Rekonstrukcja cyfrowa domu rodziny Kunickich w Walnem. Grafika opracowana cyfrowo (labs.google.com).
Kiedy wróciłem do rodziny, zastałem wielką biedę i głód. W gospodarstwie nie było czym karmić zwierząt, więc mój ojciec musiał wymienić źrebaka i nasz ostatni złoty zegarek na dorosłą klacz. Na początku marca 1945 roku zacząłem jeździć z ojcem saniami do Prus Wschodnich. Szukaliśmy tam jedzenia i paszy, które zostawili uciekający Niemcy. Każda taka wyprawa trwała około pięciu dni, ale dzięki temu przywoziliśmy zboże, ziemniaki i siano.
W marcu i kwietniu dwa razy dostałem wezwanie do wojska, ale nie chciałem iść na front, więc się ukrywałem. Jednak 17 lipca 1945 roku wezwano mnie po raz trzeci. Myślałem, że skoro wojna się skończyła, to będzie bezpieczniej, więc ruszyłem rowerem do Suwałk. Po drodze, w miejscowości Leszczewek, zatrzymali mnie rosyjscy żołnierze. Nie słuchali moich wyjaśnień i pędzili mnie do obozu w Papierni-Dubowie, gdzie było już około stu innych mężczyzn. Dowiedziałem się od nich, że była to masowa akcja przeciwko członkom Armii Krajowej (AK), później nazwana Obławą Augustowską.
Pognano nas pieszo w kolumnie do Płociczna. Pilnowali nas uzbrojeni Rosjanie oraz polscy funkcjonariusze z UB. Tam trafiłem przed specjalną komisję. Przesłuchanie było bardzo brutalne, krzyczeli na mnie i próbowali mnie złapać na kłamstwie. Pytali o wszystko: o moją przeszłość, rodzinę i organizacje, do których należałem. Miałem jednak ogromne szczęście – mojego nazwiska nie znaleźli na swoich listach. Wypuścili mnie, ale kazali następnego dnia zgłosić się do wojska w Suwałkach.
Nie zamierzałem iść do wojska, chciałem tylko wrócić do bliskich. Musiałem jednak bardzo uważać, bo okolica była pełna rosyjskich patroli. Noc spędziłem u znajomego gajowego, ukrywając się na strychu. Kiedy w końcu dotarłem do domu w Krasnem, okazało się, że stacjonuje w nim rosyjsko-polskie dowództwo. Znowu mnie przesłuchiwali, ale na szczęście pozwolili mi zostać. Dowiedziałem się wtedy, że mój ojciec też był zatrzymany, ale wypuścili go ze względu na starszy wiek.
Obława Augustowska była największą zbrodnią popełnioną przez Sowietów na Polakach po zakończeniu wojny. Co najmniej 600 osób zostało zamordowanych w miejscu, które do dziś pozostaje nieznane.
Po obławie życie stało się nie do zniesienia. Moi koledzy i krewni z AK znikali bez wieści lub ginęli od kul. Niektórzy dawni znajomi stali się zdrajcami i pomagali UB wyłapywać patriotów. Wielu ludzi aresztowano nawet podczas pracy w polu. Bałem się, że w końcu dopadną mnie za unikanie wojska i działalność w podziemiu. Razem z całą rodziną podjęliśmy najtrudniejszą decyzję – postanowiliśmy porzucić wszystko i wyjechać do dawnych Prus Wschodnich. Chcieliśmy tam zniknąć prześladowcom z oczu i zacząć życie od nowa w bezpieczniejszym miejscu.
Obca ziemia, z której wcześniej ledwo uciekłem z życiem, stała się jedyną szansą na ratunek przed własnym państwem i jego nowymi "wyzwolicielami". Powrót do Prus Wschodnich nie był wyborem bogactwa, lecz próbą ukrycia się przed systemem, który w jego rodzinnych stronach mordował jego towarzyszy z AK.
Wspomnienia te są jak soczewka skupiającą losy milionów ludzi w Europie Środkowo-Wschodniej, dla których koniec wojny nie był momentem jednoznacznym. Choć oficjalnie ogłoszono pokój, dla wielu stał się on jedynie początkiem nowej okupacji oraz kolejnym etapem walki o wolność i godność.
Świadectwo to pozostaje dowodem na to, że systemy totalitarne dążyły do zniszczenia państw i narodów, ale nie zawsze zdołały złamać ducha pojedynczego człowieka. To nie jest opowieść o wielkim bohaterstwie na polu bitwy, ale o cichej, upartej, niewiarygodnej woli przetrwania. To świadectwo tego, że nawet w najciemniejszych czasach, pomimo systemów, które dążyły do zniszczenia państw i narodów, ale nie zawsze zdołały złamać ducha pojedynczego człowieka. O jednym człowieku, który dzieli się swoim chlebem, i drugim, który odziera go z godności. O jednym żołnierzu, który kradnie mu buty i nieznajomym, który oddaje swoje. To jest siła takich świadectw.
J. Kunicki 2026













